piątek, 20 stycznia 2012
Grecja, Pantaleimonos 2007 [cz. 1]
Wyjazd do Grecji planowałyśmy dosyć długo – Kaja i ja. Przez całe trzy lata liceum, siedząc razem w ławce, marzyłyśmy o tym, żeby wspólnie wyjechać do pracy w jakieś w ciepłe miejsce. Udało się kiedy byłyśmy na pierwszym roku studiów. Wyjazd załatwiła nam znajoma pani, która ma biuro podróży i duże możliwości. Zaoferowała nam płatne praktyki w Leptokarii - małym greckim miasteczku, gdzie miałyśmy pracować cztery godzinny dziennie w hoteliku blisko plaży. Wynagrodzenie nie miało być duże, ale za to podróż, wyżywienie i nocleg opłacał nam pracodawca. Mogłyśmy tam zostać ile chciałyśmy. Jak dla nas – ideał! Zapowiadało się wspaniale! Właśnie na takie samodzielne wakacje czekałyśmy od dawna.
Zaczęło się niepozornie. Dwa tygodnie przed wyjazdem wyszło na jaw, że paszport Kaji jest nieważny. Bez niego nie miała szans przejechać autokarem przez pół Europy. Zdenerwowałyśmy się nie na żarty. To był cud, że udało jej się telefonicznie przyspieszyć wydanie paszportu. Nie wnikałam ile razy dziennie dzwoniła do urzędu. Wystarczył mi fakt, że dzień przed wyjazdem miała go w ręce. Może ten nieważny paszport to był jakiś znak?
Autokar odjeżdżał z Katowic w sobotę, 21 lipca. Moi rodzice odwieźli nas tam z samego rana. Pamiętam, że niebo nad Śląskiem było niebiesko-różowe. Na miejscu zbiórki, czekała na nas druga niespodzianka. Naszych nazwisk nie było na liście pasażerów! Pani w czerwonych okularach, która podała się za opiekuna wycieczki, odmówiła zabrania nas „na pokład”. Nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia. Ponownie pomógł nam telefon. Wspólnie zadzwoniliśmy do właścicielki biura podróży, która przepraszała, że zapomniała dopisać nasze nazwiska na listę podróżnych. Oczywiście, miejsca dla nas szybko się znalazły i chwilę później ruszyłyśmy w daleką drogę.
Niewiele pamiętam z podróży autokarem. Czas wlókł się dla mnie potwornie ponieważ byłam bardzo ciekawa tego, co miało czekać na nas w Leptokarii. Wyobrażałam sobie przyjemne, małe miasteczko nad morzem. Nie mogłam doczekać się nurkowania, leżenia na plaży, wieczornych wypadów do knajpki… Ciekawa byłam obowiązków, które miałyśmy pełnić w hotelu. Przez całą podróż czytałyśmy „Rozmówki greckie dla wyjeżdżających do pracy”. Byłyśmy niesamowicie szczęśliwe, wariowałyśmy z radości, że udało nam się wyjechać. W autokarze nauczyłyśmy się takich przydatnych zwrotów jak:
„Prepi na sas walo to ipotheto” („muszę panu podać czopek”) i „Prepi na skapso ligo to patoma” („muszę skuć trochę posadzki”).
Podróż wymęczyła nas jednak okropnie. Dwa dni i jedna noc w autokarze czynią człowieka lepkim, zmęczonym i ogólnie niezbyt świeżym. Najbardziej na świecie marzyłyśmy o tym, żeby się umyć i zjeść coś normalnego. Od przekroczenia granicy Greckiej upał stawał się coraz bardziej nieznośny.
Kiedy za oknami autokaru zobaczyłyśmy morze, zrobiło nam się dużo weselej. Jechaliśmy kilka kilometrów wąskimi drogami przez malutkie, zupełnie puste wioski nadmorskie. Wreszcie dotarliśmy do Leptokarii. Nie zawiodła mnie. Już z autokaru wiedziałam, że mi się podoba. Zatrzymaliśmy się między kramem z owocami, a grecką siedzibą naszego biura podroży. Nasz autobus zatarasował całą, wąską uliczkę. Pani w czerwonych okularach zwołała wszystkich pasażerów, którzy właśnie dziś rozpoczynali wspaniałe wakacje. My, jako jedyne, odłączyłyśmy się od grupy i poszłyśmy w kierunku biura gdzie mieli nas przyjąć na obiecane praktyki. Było samo południe. Powietrze było gęste i bardzo, bardzo gorące. Kleiło się do skóry i zatykało drogi oddechowe.
Ułożyłyśmy nasze walizki przy stoliku przed biurem i weszłyśmy do środka. Ogłuszył mnie panujący tam gwar. Pamiętam, jak jakiś młody chłopak powiedział nam płynną polszczyzną, że musimy poczekać i wybiegł z biura. Wszyscy pracownicy zajęli się wycieczką, która przyjechała razem z nami na wakacje. Usiadłyśmy więc i czekałyśmy. Udało nam się znaleźć odrobinę cienia.
Po jakimś bliżej nieokreślonym czasie wreszcie zrobiło się spokojniej i ponownie weszłyśmy do środka. Przy biurku siedział chudy grek, który poinformował nas lakonicznie, że musimy poczekać na kierowniczkę. A kiedy będzie kierowniczka? - zapytała Kaja. Niewiadomo, niedługo – odpowiedział. Wróciłyśmy do walizek i znowu ulokowałyśmy się w cieniu na nieokreślony czas. Upał, brak snu, łazienki i jedzenia coraz mocniej mnie osłabiał. Widziałam, że Kaja czuje się podobnie.
Nietrudno zgadnąć co było potem. Kierowniczka przyszła, wysłuchała nas i powiedziała, że nic nie wie na temat naszego przyjazdu do pracy. Nikt z Polski nie poinformował jej o tym, a poza tym nie ma wolnych etatów w swoich hotelach. Osłabłyśmy jeszcze bardziej. Kaja prowadziła z nią długą dyskusję, a ja zadzwoniłam do Polski. W efekcie, moi rodzice skontaktowali się z właścicielką biura w Polsce, która zadzwoniła do Grecji, żeby ponownie przeprosić za swój brak kompetencji. Zapomniała poinformować greckie biuro, że wysyła dwie polki do pracy! Nie potrafię powiedzieć ile czasu minęło do momentu, kiedy zdecydowano przydzielić nas do hotelu w innym miasteczku.
Pod biuro podjechał biały zdezelowany van, z którego wysiadała dziwna postać. Chuda, wysoka, w dżinsach dzwonach. Poruszała się jak mocno przypakowany facet. Długo spierałyśmy się później jakiej płci była ta postać. Tego dnia było nam wszystko jedno. Postać wskazała nam drzwi dając do zrozumienia, że mamy wsiadać. Co miałyśmy zrobić? Wsiadłyśmy.
Jechaliśmy długo.
Bardzo długo.
Przez polne wąskie drogi zarośnięte spalonymi przez słońce trawami. Nigdzie w koło nie było domów, bardzo szybko wyjechaliśmy z obszaru zabudowanego. Kilka razy zatrzymywaliśmy się, żeby przepuścić stado kóz, które leniwie pasło się przy drodze. Samochód piszczał i trzeszczał na każdej dziurze. Dziwna postać nie odzywała się do nas ani słowem i nie odpowiadała na nasze pytania. Byłyśmy mocno przestraszone. Przez moją głowę przelatywały dziwne myśli. Wywozili nas z miasteczka! Jechałyśmy trzeszczącym samochodem przez pustkowia. Nie miałyśmy zielonego pojęcia z kim jedziemy i gdzie. Nikt nie wiedział o naszym przyjeździe do pracy. Dziwna postać mogła nas porwać, wywieźć w nieznane. Miałyśmy dwa wyjścia – czekać albo uciekać. Nie miałyśmy siły na ucieczki.
Ciekawe co by było gdybyśmy wtedy uciekły?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz